Kentucky, Cave City, 15 września 1995r.
Czarny atłas sunął
powoli po drewnianej podłodze altanki, prężąc się i wijąc pięknie,
przypominając przyozdobione lśniącymi łuskami węże. Spod powiewającego
lekko materiału wysypał się tuzin pająków z czerwonymi znaczeniami na
odwłokach, które natychmiast zajęły się wiciem nici, rozpraszając przy
tym na wszystkie możliwe strony. Głośne syknięcie wydobywające się z ust
zmory jakby uciszyło wszystko, co znajdowało się na ziemi; każde
tętniące życiem stworzenie zamarło w bezruchu, jakby czuło zagrożenie
sięgające każdego krańca świata. Brudne stopy postaci dotknęły drewna,
które zaczęło zmieniać kolor na coraz to ciemniejszy, gnijąc i
rozpadając się pod naciskiem, a spod palców wypłynęła gęsta maź, jakby
smoła. Kobieca postać uśmiechnęła się złowrogo, ukazując ostre, zżółkłe
zęby, między którymi koczowały robaki. Ciemne włosy jakby straciły lata
temu swoją objętość i powab, pozostawiając drobne kępki na głowie. Po
nagich ramionach spuszczały się na niciach czarne wdowy, a larwy
konsumowały już i tak martwe ciało.
Siedzący na ławce
mężczyzna skrzywił się, gryząc język, aby nie powiedzieć o jedno słowo
za dużo. Wiedział, że mógł stracić wszystko, co osiągnął swoją ciężką
pracą, a także skazać rodzinę na pewną śmierć. Siwe włosy i pomarszczona
skóra jasno dawały znać, że niewiele czasu mu pozostało. Wstał ciężko i
oparł się na lasce, memląc językiem przekleństwo, kiedy nagle uderzenie
potężnego bólu w okolicy kręgosłupa odebrało mu dech.
Postać zmierzyła go
lekko wytrzeszczonymi oczami, stukając długimi paznokciami w stół.
Otworzyła usta i wydukała z trudem słowa, kiedy rozdwojony język
wyłapywał istotne szczegóły z powietrza.
— Rayee... — Kłapnęła zębami. — Czeegóż... znów... chcessssz?
Przymknął oczy,
zakrywając zmętniałe błękitne oczy. Mięśnie na jego twarzy drgały, choć z
ledwością. Tętno pędziło jak oszalałe, kiedy poczuł odór krwi
wypatroszonego jagnięcia, a także stojącej przed nim zmory. Zacisnął
pięść na lasce, dokładnie na głowie wytartego kruka. Przełknął z trudem
ślinę, zastanawiając się, czy aby dobrze robił, prosząc boga o
przysługę? Zawsze mógł znaleźć jakiś bezpieczniejszy sposób, ale
wiedział, czuł i słyszał, że jego koniec zbliżał się nieubłaganie. Dusze
go wołały. Musiał to zrobić, zanim jego czas upłynie.
— Rayee... — zawyła upiornie, jakby zwodząc i płacząc.
Starzec wiedział
doskonale, że inni bogowie mogli nie być zachwyceni tym, kto zstąpił na
ziemię i chodził między żywymi, mimo że miał kategoryczny zakaz
wychodzenia z czeluści najgorszego Hadesu.
— Niee... mam... czasssu... naa... twojeee... gieeerki.
Westchnął i rzucił
ostatnie spojrzenie w stronę rodzinnego domu, który samotnie stał pośród
pól zbóż i słoneczników. Stara altanka stała w cieniu pobliskiego lasu
od zachodniej strony Cave City.
— Co chcesz w zamian za
twe błogosławieństwo i opiekę nad moją wnuczką? — spytał, starając się,
aby jego głos nie zadrżał i brzmiał pewnie, pełen mocy i siły. Niestety
starzec poległ, a szeroki uśmiech upiora dał mu znać, że zawarł pakt z
prawdziwym diabłem, który to wykradał dzieci nocą z ich łóżek, żywił się
strachem ludzi i żył odbieraniem życia innym.
— Ssskąd... pomysssł... że... dam... swe... błogossssławieństwo?
Odetchnął ciężko, widząc
jak starsza kobieta wybiega z domu i nawołuje go po imieniu. Spojrzał
uważnie na bóstwo i wiedział, że dobrze robił. Czy nie lepiej mieć
śmierć po swej stronie niż przeciwnej? Przytaknął swoim myślom i
otworzył usta w momencie, kiedy jego żona zauważyła, że znajduje się w
altanie. I to nie sam.
— Ponieważ oddam ci
swoją duszę, a dobrze wiemy, że czekasz na to niecierpliwie, odkąd inni
bogowie przestali sprawować pieczę nad moim życiem. — wzruszył
ramionami, modląc się, aby zmora nie zauważyła zbliżającej się
rudowłosej kobiety — Oddam ci swoją duszę na własność. Zrobisz ze mną,
co tylko chcesz. Jedyne, o co proszę, to to, abyś pilnowała Koraline.
Zmora zaśmiała się
gorzko, sycząc i plując śliną. Złapała prawą dłonią wypatroszone jagnię,
mocząc czarne pazury w jej słodkiej i lepkiej krwi. Zaś lewą dłonią
pochwyciła starca za krtań, przysuwając swe obrzydliwe usta do jego ust.
Powietrze zgęstniało, a zapach siarki rozproszył się, kiedy z nieba
lunął srogi deszcz, wiatr zerwał się do biegu, a grzmoty jawnie dały
znać, że inne bóstwa zauważyły obecność upiora. Biała poświata wypłynęła
spomiędzy warg starca, wędrując prosto do ust zmory. Kiedy ciało bez
duszy runęło na zgniłą podłogę, ruda kobieta zatrzymała się dwa metry od
altanki, przełykając z trudem gorycz, strach i żal. Wiedziała, że nie
zdążyła. Upiór uśmiechnął się do niej, a spazm obrzydzenia przetoczył
się przez jej ciało.
— Do zobaczenia, Rozalio. Pozdrów Koraline.
Bóstwo rozpłynęło się w
powietrzu, nicie i pająki zmieniły się w popiół, smoła rozsypała się, a
podłoga wróciła do normalności, pozostawiając jedynie dwa odciski stóp.
Grzmoty ustały, przez pola przetoczył się wiatr, który wygrywał psalm
pogrzebowy, a zrozpaczony krzyk kobiety poniósł się echem w świat,
informując, że jeden z półbogów oddał życie za sprawę wyższej miary.
Niestety usłyszały to bestie, o których świat nie powinien wiedzieć.