Ariana dla WS | X X X

2019/01/23

1. Bezbronne jagnię

Kentucky, Cave City, 15 września 1995r.


Czarny atłas sunął powoli po drewnianej podłodze altanki, prężąc się i wijąc pięknie, przypominając przyozdobione lśniącymi łuskami węże. Spod powiewającego lekko materiału wysypał się tuzin pająków z czerwonymi znaczeniami na odwłokach, które natychmiast zajęły się wiciem nici, rozpraszając przy tym na wszystkie możliwe strony. Głośne syknięcie wydobywające się z ust zmory jakby uciszyło wszystko, co znajdowało się na ziemi; każde tętniące życiem stworzenie zamarło w bezruchu, jakby czuło zagrożenie sięgające każdego krańca świata. Brudne stopy postaci dotknęły drewna, które zaczęło zmieniać kolor na coraz to ciemniejszy, gnijąc i rozpadając się pod naciskiem, a spod palców wypłynęła gęsta maź, jakby smoła. Kobieca postać uśmiechnęła się złowrogo, ukazując ostre, zżółkłe zęby, między którymi koczowały robaki. Ciemne włosy jakby straciły lata temu swoją objętość i powab, pozostawiając drobne kępki na głowie. Po nagich ramionach spuszczały się na niciach czarne wdowy, a larwy konsumowały już i tak martwe ciało.
Siedzący na ławce mężczyzna skrzywił się, gryząc język, aby nie powiedzieć o jedno słowo za dużo. Wiedział, że mógł stracić wszystko, co osiągnął swoją ciężką pracą, a także skazać rodzinę na pewną śmierć. Siwe włosy i pomarszczona skóra jasno dawały znać, że niewiele czasu mu pozostało. Wstał ciężko i oparł się na lasce, memląc językiem przekleństwo, kiedy nagle uderzenie potężnego bólu w okolicy kręgosłupa odebrało mu dech.
Postać zmierzyła go lekko wytrzeszczonymi oczami, stukając długimi paznokciami w stół. Otworzyła usta i wydukała z trudem słowa, kiedy rozdwojony język wyłapywał istotne szczegóły z powietrza.
— Rayee... — Kłapnęła zębami. — Czeegóż... znów... chcessssz?
Przymknął oczy, zakrywając zmętniałe błękitne oczy. Mięśnie na jego twarzy drgały, choć z ledwością. Tętno pędziło jak oszalałe, kiedy poczuł odór krwi wypatroszonego jagnięcia, a także stojącej przed nim zmory. Zacisnął pięść na lasce, dokładnie na głowie wytartego kruka. Przełknął z trudem ślinę, zastanawiając się, czy aby dobrze robił, prosząc boga o przysługę? Zawsze mógł znaleźć jakiś bezpieczniejszy sposób, ale wiedział, czuł i słyszał, że jego koniec zbliżał się nieubłaganie. Dusze go wołały. Musiał to zrobić, zanim jego czas upłynie.
— Rayee... — zawyła upiornie, jakby zwodząc i płacząc.
Starzec wiedział doskonale, że inni bogowie mogli nie być zachwyceni tym, kto zstąpił na ziemię i chodził między żywymi, mimo że miał kategoryczny zakaz wychodzenia z czeluści najgorszego Hadesu.
— Niee... mam... czasssu... naa... twojeee... gieeerki.
Westchnął i rzucił ostatnie spojrzenie w stronę rodzinnego domu, który samotnie stał pośród pól zbóż i słoneczników. Stara altanka stała w cieniu pobliskiego lasu od zachodniej strony Cave City.
— Co chcesz w zamian za twe błogosławieństwo i opiekę nad moją wnuczką? — spytał, starając się, aby jego głos nie zadrżał i brzmiał pewnie, pełen mocy i siły. Niestety starzec poległ, a szeroki uśmiech upiora dał mu znać, że zawarł pakt z prawdziwym diabłem, który to wykradał dzieci nocą z ich łóżek, żywił się strachem ludzi i żył odbieraniem życia innym.
— Ssskąd... pomysssł... że... dam... swe... błogossssławieństwo?
Odetchnął ciężko, widząc jak starsza kobieta wybiega z domu i nawołuje go po imieniu. Spojrzał uważnie na bóstwo i wiedział, że dobrze robił. Czy nie lepiej mieć śmierć po swej stronie niż przeciwnej? Przytaknął swoim myślom i otworzył usta w momencie, kiedy jego żona zauważyła, że znajduje się w altanie. I to nie sam.
— Ponieważ oddam ci swoją duszę, a dobrze wiemy, że czekasz na to niecierpliwie, odkąd inni bogowie przestali sprawować pieczę nad moim życiem. — wzruszył ramionami, modląc się, aby zmora nie zauważyła zbliżającej się rudowłosej kobiety — Oddam ci swoją duszę na własność. Zrobisz ze mną, co tylko chcesz. Jedyne, o co proszę, to to, abyś pilnowała Koraline.
Zmora zaśmiała się gorzko, sycząc i plując śliną. Złapała prawą dłonią wypatroszone jagnię, mocząc czarne pazury w jej słodkiej i lepkiej krwi. Zaś lewą dłonią pochwyciła starca za krtań, przysuwając swe obrzydliwe usta do jego ust. Powietrze zgęstniało, a zapach siarki rozproszył się, kiedy z nieba lunął srogi deszcz, wiatr zerwał się do biegu, a grzmoty jawnie dały znać, że inne bóstwa zauważyły obecność upiora. Biała poświata wypłynęła spomiędzy warg starca, wędrując prosto do ust zmory. Kiedy ciało bez duszy runęło na zgniłą podłogę, ruda kobieta zatrzymała się dwa metry od altanki, przełykając z trudem gorycz, strach i żal. Wiedziała, że nie zdążyła. Upiór uśmiechnął się do niej, a spazm obrzydzenia przetoczył się przez jej ciało.
— Do zobaczenia, Rozalio. Pozdrów Koraline.
Bóstwo rozpłynęło się w powietrzu, nicie i pająki zmieniły się w popiół, smoła rozsypała się, a podłoga wróciła do normalności, pozostawiając jedynie dwa odciski stóp. Grzmoty ustały, przez pola przetoczył się wiatr, który wygrywał psalm pogrzebowy, a zrozpaczony krzyk kobiety poniósł się echem w świat, informując, że jeden z półbogów oddał życie za sprawę wyższej miary.
Niestety usłyszały to bestie, o których świat nie powinien wiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz